Skip to main navigation Skip to main content Skip to page footer

Spacer z bydgoską gwarą

W ramach tegorocznej akcji "Eskapada - poznaj region z przewodnikiem", Leszek Umiński zabrał bydgoszczan i gości z Torunia do czasów swojego dzieciństwa.

Trasa wiodła  Doliną, Miedzą, Nakielską i Focha do Grottgera gdzie kończył się Stary Kanał Bydgoski.
O to fragment podsłuchanej historii:

"...Było to za gzuba.
Wiosną paliły się gary, a w kwietniu pojawiały się macoszki, potem bujony i lwie pyszczki.
Od płotu lub wzdłuż ścieżki na szagę (do Nakielskiej) rojbry w lujmyckach latały na pachtę, zrywały glubki, uleżałki i takie pierdziołki . Na płotach piął się szneblok.
Ulica mało ruchliwa była, częściej można było spotkać kuczera co węgiel rozwoził. Taki tu z łysą glacą jeździł. Zawsze szmondak kantował i na tonie to czasem 200 funtów (2 cetnary) brakowało. Potrafił sporo uzorgować.  
Środkiem Doliny to szczuny wtenczas latały za kołem, czasem zapuściła się tu drynda.

Pod nr 29 był stolarz Gatzke co miał żonę Szwabkę.  Koło domu były całe sztaple desek. Dochodził od niego hałas heblowania, borowania i żagowania; miał bogactwo narzędzi: różne żagi, laubzegi, lisie ogony, heble, hamery, brechy , majsle, waserwagi, bormaszyny, śrubsztoki i inne wihajstry i dynksy

nr 31
Babcia mieszkała w oficynie , która była skromna - tylko antrejka, kuchnia i sypialka bez jadalki i kąpielki. Ausgusu nie było, a wodę nosiło się z podwyrka. W kuchni pod hokerem stał wymborek, obok platy z bratnikiem, na  środku pod podłogą był sklep. Dookoła stołu na szlajfce była upięta zasłona, za którą były schowane statki. W sypialce bety przykrywało się deką i była już jadalką z zawsze wybonerowaną podłogą.
Przysmakiem były sznytki z platy z cukrem (czasem plindze). Na obiad parzycha i dukane kartofle z gzikiem, albo ajntopf. Jesienią królowała bania ze śpiwokami.
Babcia często siadała pod kachlowym piecem na ryczce i heklowała, czasem też na drutach sztrykowała (dziergała) cwetry.
Nauczyłam mnie też flikować  snokówką. Jak się wykopyrtąłem i miałem jape, to umiałem ją potem fest poflekować.
 
Szło się do niej gankiem przez ogród gdzie były kury, guły, nutrie (w kastach otwieranych w czasie futrowania).
Na placu stała fest grusza z przewieszonym szlauchem, a za płotem aby kury nie wpałaszowały rósł angrest, świętojanki i inne krzeki.
Na lewo od domu były szałerki pełne wichajstrów, rupieci i klamotów, pralnia gdzie się prało i mączkowało bety. Pranie suszyło się na linkach podpartych sztycami i przypięte szpangami, a za szałerkami był wychodek.

Miała ciekawa sąsiadkę Halinę, blirwę jedną,  grubą ale miała swoich absztyfikantów, takich fagasów. Wyduftowana zawsze, nigdy w feretach. Dla mnie była wtenczas starą prukwą, ale była mniej stara niż ja teraz.
Czasem taki nawet w ancugu i z flaszką albo bombką w tutce pod okno przychodził do swojej flamy.
Jak okno pomylił i darł się  po nocy albo ciepał w okno małymi kamieniami, to babcia go przeganiała haczką, szrubrem albo szypą, co miała pod ręką. ..."

Na zokończenie w Restauracji Familijna wszyscy zostali poczęstowani  sznytkami z gzikiem z redeskami i sznytlochem oraz ze ślepym zającem, co wywołało zachwyt zgłodniałych uczestników.

Wróć